Samotność cyfrowego tubylca
Dziś nie będzie o
koronawirusie, bo dość się o tym rozpisałam i dalej nie chcę.
Daruję sobie też pogadankę na temat polityki, gdyż inne kwestie absorbują mój umysł. Między innymi - pedagogika czasu wolnego.
Niektórzy mają go w nadmiarze. Gdybym żyła pół wieku temu, prawdopodobnie zawołałabym:
FANTASTYCZNIE. Nuda może być TWÓRCZA. Mój entuzjazm hamuje jednak
świadomość sytuacji współczesnej. Nie chcę być źle rozumianą:
uważam, że zarówno Facebook, jak i Instagram są cudownymi
wynalazkami. Korzystam z nich codziennie. Z olbrzymią satysfakcją
obserwuję też, jak oba serwisy przestają być domeną młodych.
Pokolenie obecnych 50-latków nie chciało cierpieć cyfrowego
wykluczenia. Dostrzegło, że Nasza Klasa miała już swoje 5 minut,
a życie toczy się dalej. Dzięki Facebookowi można wypromować
swoją firmę, sprawdzić, co dziś dają w ulubionej restauracji,
polubić fotki swojej wymalowanej chrześniaczki. A wymalowana
chrześniaczka nie zaglądała na swój profil od pół roku. Co się
stało? Opcji istnieje kilka.
Mogła przestawić się na
inną formę komunikacji. Znając jednak pokolenie aktywnych
użytkowników Mordoksięgi, jest to mało prawdopodobne. Adresy
mailowe służą im do zakładania kont w grach, czasem w sklepach
internetowych. Jeśli posiadają telefon, rzadko używają go zgodnie
z pierwotnym przeznaczeniem. Napisanie tradycyjnego listu to wysiłek
niewspółmierny do możliwości przeciętnego gimbusa, zaś w 2018
roku Poczta Polska wycofała usługę telegramu. Nawet nie
pytajcie, co to było.
Mogła umrzeć.
Zgadnijcie, jaka jest najczęstsza przyczyna zgonów wśród
nastolatków.
Wreszcie, mogła mieć
dosyć ciągłej inwigilacji ze strony krewnych. Facebook, bądź co
bądź, wymaga podania swojego imienia i nazwiska, wraz z płcią i
datą urodzenia. Są oczywiście sposoby na ominięcie tego wymogu
(wspomnę później), ale większość zakłada profil zgodnie z
regulaminem. Tym samym, naraża się mamuśce, która
niekiedy chce sprawdzić, czy młoda faktycznie bawi się w gronie
dobrej, oazowej młodzieży.
W tej chwili chyba nie ma
wielkiej konkurencji dla Facebooka i Instagrama, ale niedawno znanych
było jeszcze kilka innych serwisów. Na przykład Ask.fm, program
produkcji łotewskiej, który największą popularność zdobył w
latach 2013-2014. Służył do
zadawania pytań, co w dalszej perspektywie miało sprzyjać
integracji użytkowników. Problem jednak na tym, że
pozwalał (i wciąż pozwala!) na kontakt anonimowy.
Plus dodatni: pozostawione
bez odpowiedzi wiadomości nie były wyświetlane całej społeczności
Aska. Można było je skasować i zapomnieć.
Minus ujemny: nie każdy
to robił.
Plus ujemny: większość
użytkowników stanowili ludzie między 10 a 20 rokiem życia. Jest
to plusem, gdyż do młodych oferta była skierowana. Jest to
plusem ujemnym, gdyż (teoretycznie!) regulamin zezwalał na
rejestrację dopiero po uzyskaniu ograniczonej zdolności do czynności prawnych.
Efekt: kilka samobójstw
osób, będących ofiarami złośliwości.
Naturalnie nie wiadomo, czyjej. Serwis, jak wspomniałam, nie
narzucał konieczności opatrzenia wiadomości swoim nickiem. Samobójstwa młodzieży nagłośniono przez media. Rozpoczął się bojkot na Wyspach Brytyjskich.
Nie słyszałam jeszcze, żeby Polacy wieszali się po otrzymaniu obraźliwych pytań na Asku. Obserwowałam jednak idiotyczne zachowania z wykorzystaniem wcześniej wspomnianej Mordoksięgi.
Chodziłam do małej, prywatnej szkoły - gimnazjum i podstawówka liczyły może ze 150 osób. Dla jednego rocznika tworzono najwyżej 2 klasy. Nie powinno więc nikogo zastanawiać, jaką metodą najmłodsi uczniowie wiedzieli, że Heniek z pierwszej gimnazjum nie lubi biologii, a Józek z trzeciej rozwalił umywalkę w męskiej toalecie. Zafascynowani pomysłowością starszych ziomków, członkowie klas szóstych sięgali po wszystko, co dozwolone było (w najlepszym wypadku) po 13 roku życia. Masowo powstawały konta na Facebooku, zakładane przez dzieci. Słabo czytające, jeszcze gorzej piszące.
Jeden z większych patafianów stworzył profil z imieniem NIEZNAJOMY, a nazwiskiem NIEZNANY. Na profilowe machnął sobie kostuchę w ciemnej kolorystyce, z rękami złożonymi do modlitwy. Ludzie na ślepo akceptowali zaproszenia, choć nie wiedzieli, kto je wysłał. Pisał wiadomości, najpierw uprzejme, z czasem zaczął rozmówców. Niektórzy regularnie dostawali wiadomości Nikt cie nie lubi albo Wszyscy sie z cb smieja. Po 2 miesiącach każdy miał podejrzenia, kim może być ów użytkownik. Zasugerował to dobór "friendsów" i niewyszukana retoryka. Nie minęło dużo czasu, aż Nieznajomy Nieznany zdecydował zdezaktywować konto. Zabawa się znudziła.
Istnieje takie wulgarne powiedzonko:
Powiedzcie, że nie pasuje. Powiedzcie, że każdy w sieci zachowuje się tak samo, jak w prawdziwym życiu. Przecież to bzdura!
Głupotą byłoby lekceważyć zagrożenie. Przytoczona opowieść o Nieznajomym Nieznanym z punktu widzenia dorosłego jest żałosna. Ale z punktu widzenia wrażliwego chłopaka czy dziewczyny, która właśnie przeczytała, że nikt jej nie lubi - to może być dramat. A przecież młodemu człowiekowi portal służył mu do całej masy innych, przyjemniejszych rzeczy.
Mógł dzięki niemu zachować kontakt z inną grupą rówieśniczą, w której czuł się lubiany i akceptowany. Codzienne spotkania nie zawsze są możliwe. Zwłaszcza, jeśli ci koledzy to mieszkańcy Zielonej Góry albo Gorzowa Wielkopolskiego, poznani podczas wakacyjnego wyjazdu.
Mógł na bieżąco dowiadywać się o zadanych pracach domowych. Szczególnie, jeśli stworzono grupę, zarezerwowaną wyłącznie dla członków jego oddziału edukacyjnego. Oczywiście mądry rodzic zaraz zada pytanie: A nie mogą do ciebie zadzwonić? No, niekoniecznie. Nie każdy ma nielimitowane rozmowy. I nie każdy ma do każdego numer. Przekazując informacje od wychowawcy klasy czy wstrętnego katechety chcemy niejako "powiesić" ogłoszenie na swojej tablicy. Każdy sam wejdzie, sam przeczyta. Opłaca się bardziej niż rozsyłać 30 SMS-ów do całej ekipy.
Wreszcie, dzięki linkom pozostawianym przez kolegów czy rozmaite firmy, mógł w szybki sposób uzyskiwać interesujące go informacje. Zgadnijcie, gdzie lokalny salon fryzjerski zamieści informację, że na piątek zwolniło się miejsce. Będzie dzwonił po klientach?
Nie słyszałam jeszcze, żeby Polacy wieszali się po otrzymaniu obraźliwych pytań na Asku. Obserwowałam jednak idiotyczne zachowania z wykorzystaniem wcześniej wspomnianej Mordoksięgi.
The story of my life
Jeden z większych patafianów stworzył profil z imieniem NIEZNAJOMY, a nazwiskiem NIEZNANY. Na profilowe machnął sobie kostuchę w ciemnej kolorystyce, z rękami złożonymi do modlitwy. Ludzie na ślepo akceptowali zaproszenia, choć nie wiedzieli, kto je wysłał. Pisał wiadomości, najpierw uprzejme, z czasem zaczął rozmówców. Niektórzy regularnie dostawali wiadomości Nikt cie nie lubi albo Wszyscy sie z cb smieja. Po 2 miesiącach każdy miał podejrzenia, kim może być ów użytkownik. Zasugerował to dobór "friendsów" i niewyszukana retoryka. Nie minęło dużo czasu, aż Nieznajomy Nieznany zdecydował zdezaktywować konto. Zabawa się znudziła.
Istnieje takie wulgarne powiedzonko:
Powiedzcie, że nie pasuje. Powiedzcie, że każdy w sieci zachowuje się tak samo, jak w prawdziwym życiu. Przecież to bzdura!
Czy zakaz korzystania z mediów załatwi problem?
Mógł dzięki niemu zachować kontakt z inną grupą rówieśniczą, w której czuł się lubiany i akceptowany. Codzienne spotkania nie zawsze są możliwe. Zwłaszcza, jeśli ci koledzy to mieszkańcy Zielonej Góry albo Gorzowa Wielkopolskiego, poznani podczas wakacyjnego wyjazdu.
Mógł na bieżąco dowiadywać się o zadanych pracach domowych. Szczególnie, jeśli stworzono grupę, zarezerwowaną wyłącznie dla członków jego oddziału edukacyjnego. Oczywiście mądry rodzic zaraz zada pytanie: A nie mogą do ciebie zadzwonić? No, niekoniecznie. Nie każdy ma nielimitowane rozmowy. I nie każdy ma do każdego numer. Przekazując informacje od wychowawcy klasy czy wstrętnego katechety chcemy niejako "powiesić" ogłoszenie na swojej tablicy. Każdy sam wejdzie, sam przeczyta. Opłaca się bardziej niż rozsyłać 30 SMS-ów do całej ekipy.
Wreszcie, dzięki linkom pozostawianym przez kolegów czy rozmaite firmy, mógł w szybki sposób uzyskiwać interesujące go informacje. Zgadnijcie, gdzie lokalny salon fryzjerski zamieści informację, że na piątek zwolniło się miejsce. Będzie dzwonił po klientach?
Kilka porad dla rodziców, których dzieci korzystają z komputera:
- Zwracaj uwagę, jakim stronom dziecko udostępnia swoje dane. O Asku nie chcę wspominać, co do Facebooka czy Instagrama: ma być 13 lat. Koniec, kropka.
- Reaguj, jeżeli dziecko doświadcza agresji - zwłaszcza od osób, które zna z reala. Nie pomożesz ofierze, blokując mu dostęp do serwisu. To jest ZAMIATANIE PROBLEMU POD DYWAN. Miałam niestety przykrość poznać kogoś, kto uznał inaczej. Ten ktoś nie rozumiał, że relacje z ludźmi trzeba utrzymywać, nie rozumiał, że problem leży gdzie indziej. Uznał - skasować konto, to rozpacz zniknie. Jego dziecko "leżało", szukało wsparcia u znajomych, korzystających z tego samego serwisu, co agresorzy. Tak się niestety złożyło. Zostało odcięte od sojuszników.
- Zainteresuj się, w jaki inny sposób rówieśnicy Twojego dziecka spędzają wolny czas. Na czym opierają swoje relacje?
- Nie krytykuj gier komputerowych tylko dlatego, że nie są książkami. Znam dużo wartościowych programów, o wiele bardziej przydatnych niż Dzieci z Bullerbyn albo Nie płacz, koziołku. Są gry ćwiczące angielski, spostrzegawczość, pamięć, refleks, korzystanie ze zdobytych informacji, poszerzające wiedzę z konkretnej dziedziny. Gry ewangelizacyjne też.
- Pamiętaj, że dowody agresji można dokumentować. Rób screeny, nagrywaj. Dla polskiej policji będą bardzo przydatne.
- Nie powtarzaj błędów państwa Santorskich z Sali Samobójców. Zachęcam do obejrzenia, lepiej poczujesz temat.



Komentarze
Prześlij komentarz