Iluzja szczęśliwego dzieciństwa



Wychowałam się z komputerem. Nie powiedziałam nic odkrywczego: jeżeli urodziłeś w latach dziewięćdziesiątych, a zaraz po tym twoja familia dostrzegła przewagę Allegro nad zatłoczonym sklepem – do przewidzenia było, że wkrótce zaopatrzy cię w to cudowne urządzenie. Owa okoliczność nie uczyniła mnie wielką informatyczką, wyrobiła jednak kilka cennych umiejętności, mniej lub bardziej powszechnych wśród pokolenia cyfrowych tubylców.

Szansa na sukces

Chyba moim najlepszym skillem jest bezwzrokowe pisanie na klawiaturze. Oprócz tego biegła obsługa Facebooka i zdolność do znajdowania w guglu rzeczy, niedostępnych przeciętnemu użytkownikowi. Wszystko w internetach wyszukam, zwłaszcza, jeśli tego czegoś tam teoretycznie nie ma. Takie zdolności w dzisiejszych czasach są bardzo cenione, ale jeszcze 10 lat temu naród polski obfitował w niedyplomowanych specjalistów od zabaw przyjemnych i pożytecznych, którzy zamiast należycie zbadać temat, psuli humor maksymą: poczytaj książkę. Bo książki są mądre, a gry komputerowe głupie. 


Pamiętam Ja jestem – ewangelizacyjną, obecnie zapomnianą przygodówkę, zrealizowaną niskim kosztem wedle scenariusza Hanny Szalińskiej i Jacka Zdrojewskiego. Jeszcze nie skończyłam przedszkola, a już ktoś mi ją sprezentował. Współczesny koneser uśmiechnąłby się z politowaniem, jednak w 2002 roku, czyli niewiele po premierze, ceniono inne walory: mini zręcznościówki, ćwiczące refleks i spostrzegawczość, fragmenty Ewangelii, będące niekiedy podpowiedzią do zadań, opisy życia codziennego w Palestynie. Oraz szlagiery Arki Noego.

Pamiętam też, co przez pierwszą dekadę XXI wieku uchodziło za przejaw nowoczesności: programy na płytkach, dołączanych do podręcznika Już w szkole dla podstawówki. Uznanie, Nowa Ero! Były tak znakomicie zaprojektowane, że korzystałam jeszcze we wczesnych latach nastych. Szukałam jedynie rozrywki, zaspokojenia ciekawości. Dlatego rozwiązywałam te zgadywanki, labirynty, słuchałam rymowanek i oglądałam prościutkie, jak na dzisiejsze realia, dziecięce programy przyrodnicze. Zupełnie podświadomie, szlifowałam elementarną wiedzę o świecie, dawno utraconą przez większość młodzieży. Woleli Haj Skul Mjuzikal.

Jeszcze raz Was zaskoczę: zachowałam zdolność odręcznego pisania . Pewnie Wam oczy z orbit wyjdą, gdy powiem, że jestem miłośniczką klasycznych, papierowych listów. Istotnie, jestem! Nie kreślę przesadnie wielu, bo dbałość o kaligrafię zabiera mnóstwo czasu. Ale uwierzcie – opłaca się. Mam takich znajomych, co odpiszą.


Przereklamowana tradycja vs. postępowe wynaturzenie

Sprzeciwiam się odrzucaniu tradycji wyłącznie dla zasady. Tradycja to wartość. Tradycja integruje, tradycja jednoczy. Nie tylko wnuków z dziadkami. Okazuje swą przydatność również w chwili, gdy obcokrajowiec chce poznać nasz naród. Bez tradycji, dziedzictwa kulturowego – co mu pokażemy?

Klasyczne sposoby spędzania czasu potrafią być kreatywne, rozwijające. Bardzo lubię gry karciane i planszowe. Nie kosztują fortuny, nie trzeba ich podłączać do prądu. Ćwiczą intelekt.
Fajnie też rysować kredą po asfalcie. To jedyna forma wandalizmu o dużym przyzwoleniu społecznym.
Można utłuc schabowych na obiad. Uprzednio wyrzucając rodzinkę sprzed garów. To nie Kuchenne rewolucje, żeby się gapili.
Całkiem przyjemne zajęcie stanowi pielęgnacja kwiatków na parapecie. Hans Andersen uwielbiał rośliny.
Zaś Adolf Hitler uwielbiał miejskie krajobrazy. Takim hobby warto się od niego zarazić. Bądź jak Hitlerchwytaj kredki!

Celowo nie pisałam o zastosowaniu konstrukcji metalowych, brzydkich rur, złączonych w sposób przedstawiony na obrazku. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że na nowych osiedlach już takich nie stawiają. Po drugie, słowo trzepak jest na ustach przede wszystkim tych osobników, którzy nowej techniki się boją, a z chorobliwą nostalgią patrzą w przeszłość. Mamusia lała paskiem, ojciec pił, nauczyciel ośmieszał – ale przecież kiedyś było lepiej. Jeżeli ktoś faktycznie dobrze je wspomina, podzielam radość. Ale czy polskie społeczeństwo składa się z samych szczęśliwców?

Nie sądzę. Słyszałam tylko jedną myśl pedagogicznych tradycjonalistów, pod którą zamierzam się podpisać. Najbardziej klasyczny środek lokomocji stracił na popularności. Mówię tu o pieszych wędrówkach. Człowiek 15-letni, w pełni zdrowy, szczupły i sprawny, ma kłopot z przejściem kilometra. Spacer po puszczy go przeraża, do pobliskiej Biedronki musi podjechać, na trzecie piętro bez windy się nie dostanie. Nie ma astmy, problemów z pęcherzem – ale mentalność inwalidy w sobie rozwinął. Gwarantuję, że takie podejście przyniesie mu problemy. Bóg dał kończyny, więc trzeba korzystać.

Skoro już o Bogu mowa – proszę, zainteresujcie się Biebrzańskim Parkiem Narodowym. Zapewne większość modli się o oddalenie epidemii, która ludzkość przeraziła bardziej niż płonąca puszcza. Ilu z Was zastanawiało się, jak dawno nie padało? Nie prośmy o mannę z nieba. Prośmy o wodę, gdyż tej potrzebują wszyscy. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką