Syndrom środkowego dziecka - refleksja na temat książki "Uciekinierka"


Licząc 15 wiosen, rozejrzałam się po nieprzyjaznym świecie. Widziałam niedoszłych samobójców, obserwowałam postępy anoreksji u koleżanek, poznałam praktyczne zastosowanie terminu wyścig szczurów. Zaznałam obojętności wobec cudzego cierpienia, zaznałam braku empatii i zwyczajnego buractwa. Na szczęście zamknęłam już parszywy etap adolescencji własnej. Teraz mogę się zajmować cudzą.

Wciąż zgłębiam nastoletnie dramaty i nic nie zapowiada, abym miała przestać. Kiedy JĄ ujrzałam, byłam już studentką. Uciekinierka figurowała w ofercie pewnego allegrowicza, chcącego pozbyć się jej za symboliczne 6 złotych. Okładka przypomniała mi teledysk pewnej rosyjskiej piosenkarki, znanej w granicach swej ojczyzny na początku XXI wieku. 





Info dla zainteresowanych: jeżeli chcecie odtworzyć klip, pamiętajcie, aby nie sugerować się warstwą melodyjną. Wstawka z YouTube ma służyć ukazaniu pewnego podobieństwa między teledyskiem a oprawą powieści.

Czujecie tę atmosferę samotności? Oto Sunny Tate, szara myszka, prawie pozbawiona koleżanek oraz perspektyw na popularność. Trzy czwarte zmartwień w jej życiu generują surowi, wymagający rodzice, totalnie niepojmujący potrzeb młodego człowieka. Reszta to trauma po ucieczce starszej Coral. Trawiona tęsknotą Sunny czeka na list; skrzynka pocztowa pozostaje pusta, a cierpienie państwa Tate sprawia, że tracą kontakt z rzeczywistością – ojciec ślepo wierzy pastorowi, matka szuka pomocy wróżek. Nikt nie chce przytulić Sunny, nikt nie zainteresuje się jej kruchą psychiką ani problemami w szkole. Pójście w ślady Coral wydaje się jedynym rozwiązaniem.

Historia traktuje o problemie bardzo współczesnym, choć powstała ponad 20 lat temu. Były to czasy, gdy pod hasłem telefon rozumiano aparat stacjonarny, używany przez całą rodzinę do połączeń najpilniejszych, zaś posiadanie łączy internetowych nie stanowiło sprawy oczywistej. Data publikacji działa na korzyść – to całkiem ciekawa odmiana, gdy w trakcie lektury nie padają wzmianki o mediach społecznościowych. 

Niewłaściwe (używam łagodnych określeń) zachowanie rodziców Sunny po prostu uderza. Uczciwie przyznaję: miałam problem z psychicznym „udźwignięciem” niektórych fragmentów. Trochę ze względu na własne doświadczenia. Trochę dlatego, że jestem osobą z natury brzydzącą się przemocą. Zwłaszcza pod wspólnym dachem.

Zapodam cytat, żebyście wiedzieli, o czym mowa:


Brett chciał wiedzieć, co wydarzyło się potem. Odpowiedziałam, że najgorsza rzecz, jakiej byłam świadkiem. Tato ciągnął wrzeszczącą Coral do domu, a mama uderzyła ją w twarz. Wtedy tato całkowicie stracił panowanie nad sobą. Krzyczał, że Coral jest zdemoralizowana do szpiku kości i kazał jej klękać i prosić Boga o wybaczenie.
A gdzie ja byłam w tym czasie? W swoim pokoju, skulona w łóżku, z kołdrą naciągniętą na głowę. Nasłuchiwałam odgłosów z dołu, czując suchość w ustach i ból żołądka. Chester (młodszy brat) wpełznął do mojego łóżka tak przerażony, że czułam, jak jego drobne ciało drży, kiedy przytuliłam go do siebie.
Na koniec Coral pobiegła na górę i zamknęła się w swoim pokoju, trzasnąwszy drzwiami. Zapanował jakiś niesamowity spokój. Chester usnął w moich ramionach i ja chyba też, ponieważ następną rzeczą, jaką pamiętam, była Coral pochylająca się nade mną.

(strony 77-78)


Takie sceny, choć opisane bardzo krótko, potrafią mnie sparaliżować. Postać Coral jest często wspominana, osobiście się jednak nie pojawia. Jej wyidealizowany obraz tworzą retrospekcje Sunny. Trochę tak, jakby główna bohaterka zakładała, że powrót starszej siostry przyniesie ulgę od codziennych cierpień. Co za iluzja! 

Motyw dążenia do akceptacji ukazano w sposób bardzo typowy, wręcz nudny. Nie znoszę opisów szkolnego życia w amerykańskich powieściach, bo zwykle ogranicza się do 3-4 elementów: szkolny autobus, wytapetowane lalki Barbie, przystojny chłopak, do którego wzdycha połowa liceum i trudne klasówki, oblewane przez wszystkich fajnych ludzi. Jak dotąd nie odwiedziłam USA (nie było okazji), ale gdybym miałam oceniać obraz jankeskiej placówki na podstawie utworów dla młodzieży, stwierdziłabym, że brakuje tam kadry pedagogicznej. Takiej, która dostrzega problemy młodych ludzi, szuka porozumienia z rodzicami, współpracuje z ośrodkami naukowymi czy domami kultury, skrótowo: wspiera rozwój i podejmuje działania profilaktyczne. Utwory zza oceany traktują o szkole bez szkoły – zamiast szeroko rozumianego rozwoju jest budynek pełen snujących się narcyzów i lachonów.


Czemu?

Czemu Sunny otrzymała tak niewiele wsparcia? Czemu przez 90% czasu była sama, mając za jedyną odskocznię swą pracę zawodową i wolontariacką? Minęłabym się z prawdą, twierdząc, że to niemożliwe. W Polsce żyje wielu samotnych, zagubionych nastolatków – Sunny może być naszą rodaczką. Wpisuje się zresztą w syndrom środkowego dziecka, bo żyje w cieniu starszego rodzeństwa, podejmując się równocześnie opieki nad młodszym.

Teraz pozwolę sobie na SPOILER. Jest to konieczne, by post był kompletny. Nie obiecywałam Wam zresztą klasycznej recenzji, ale garść refleksji i osobistych przemyśleń.

Ostatni rozdział zawiera rozmowę naszej bohaterki z matką, która płacząc, zapewnia o swojej miłości. Parę stron później ojciec przyznaje się córce do błędów. Prosi, by wybaczyła mu te wszystkie momenty, kiedy był nieuczciwy, emocjonalnie chłodny. Przychodzi list o Coral:

(…) Gdybym była mądra, pozostałabym w domu i spróbowała się jakoś ze wszystkim uporać. Nie mogę wrócić do domu, w każdym razie nie teraz, ale myślę o tobie. Nie piszę ci, gdzie jestem ale możesz się ze mną skontaktować poprzez organizację, której nazwa jest na kopercie. Jeśli chcesz, możesz pokazać ten list rodzicom (…) Kocham Cię.

Pięknie, naprawdę pięknie. Brakuje jeszcze dołączonego: i żyli długo i szczęśliwe. Czytelnik odetchnął z ulgą, bo finał – choć nie odpowiada na wszystkie pytania – niesie pewną nadzieję. O ile koncepcja otwartego zakończenia jest trafiona, o tyle wnioski, płynące z fabuły….już mniej.


Jak sądzicie, dlaczego?


Pomimo tandetnego obrazu środowiska rówieśniczego, szkoły jako typowego lachonarium i prościutkiego języka (charakterystycznego dla gatunku), książka niesie pewne zalety. Ma względnie ciekawą fabułę, porusza ważną tematykę. Udany jest portret psychologiczny Sunny, który zajmuje sporą część. Niegłupio więc polecić tę powieść późnym adolescentom jako osobom nieco starszym od protagonistki, a więc dojrzalszym. Studentom? Być może, o ile wykazują zainteresowanie tematyką. Omówić, podzielić się refleksjami. Dorosłym? No, chyba przede wszystkim. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką