Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu


Ostatnio dużo naprodukowałam się w tematyce religijnej. Pisałam o wychowawczych treściach, zawartych w twórczości Rowling, pisałam o krótkiej karierze polskich gier ewangelizacyjnych, postrzeganych jako niedochodowe paździerze…. I mi się znudziło. Dziś zrobię odmianę i skupię się na przedstawianiu historii. Odrobinę nawiążę do literatury, być może jakiś filmik podrzucę – jednak nie w duchu kwestionowania sensu istnienia kiczu. Chcę opowiedzieć o wartościach, niekoniecznie powiązanych z religią czy sztuką. Takich bardziej uniwersalnych.

Przywołajcie stereotyp warszawiaka. Albo zapytajcie znajomych o skojarzenia. Oczyma wyobraźni ujrzycie przedstawiciela wielkomiejskiej społeczności, zadbanego, dobrze ubranego, świetnie wykształconego, któremu wysoki komfort życia odebrał poczucie przyzwoitości. Stereotypowy warszawiak nie lubi „obcych”, jest arogancki i przepracowany. Trochę tak, jak bohater Pokolenia Ikea.

 

Literacki obraz korposzczura

Książka Piotra C. to wytwór dziwny i – w momencie powstania – wymykający się schematom. Bez fabuły i bez wyraźnego zakończenia. Traktujący o nieciekawych, niesympatycznych ludziach, których na pewno nie chcielibyśmy spotkać. Nazwać ją satyrą od biedy można, obyczajówką w sumie też, dramatem….zależnie od Waszej interpretacji.

Wpadła mi w ręce jakieś 2 lata temu. Ma lekko ponad 180 stron i opisuje żywot 35-letniego mężczyzny, mieszkańca popularnej dzielnicy Warszawy, zatrudnionego w gigantycznym, międzynarodowym molochu, przejmującym się satysfakcją pracowników w ostatniej kolejności.

Protagonista opowiada:

Półtora roku temu kupiłem dwa pokoje na Ochocie. Na kredyt, rzecz jasna. Wszyscy (..) kupują na kredyt. To kolejna z rzeczy (w których) maksymalnie cię udupiają. Bierzesz kredyt i wiesz, że nie możesz pozwolić sobie na stratę roboty, bo twoje następne miejsce zamieszkania będzie na ławce przy Centralnym. Jak się człowiek dobrze zakręci, to dostanie miejscówkę przy wylocie ciepłego powietrza. Odpowiednik trzeciej gwiazdki w hotelu. Pracodawca, chcąc sobie stworzyć grupę pokornych niewolników, razem z umową o pracę powinien podstawiać do podpisania umowę kredytu hipotecznego. (…) A jaka oszczędność czasu. Czterdzieści lat pracy, czterdzieści lat spłacania kredytu. Trumna w promocji po spłacie.

I pracujesz więcej. Więcej. (…) I wychodzisz później, później, później, bo nie masz dzieci i rodziny, tylko kumpli, którzy robią to samo, więc w sumie jest wam wszystko jedno, bo i tak pogadać możecie na sieci. I jak ci dobrze idzie, to na Wielkanoc i Boże Narodzenie firma przesyła ci koszyk z żarciem, wsadzając tam kilka win, praliny Lindt i zestaw do sushi, bo musi być międzynarodowo, musi być elegancko i musi być z klasą, a fakt, że jestem ateistą i żadnych świąt nie obchodzę, szefostwo ma w dupie.

Potem tłumaczy, że Pokolenie Ikea to generacja, którą stać na kupno mieszkania na kredyt, ale zamiast na łóżku sypia na materacu rzuconym na podłogę, zamiast szafy używa papierowych kartonów, a za kuchnię starcza mu elektryczny czajnik i zestaw chińskich zupek błyskawicznych. Pada wzmianka o papierowej lampie kuli za 25 złotych, bardzo popularnej w szwedzkiej sieci sklepów. Protagonista ewidentnie gardzi kobietami, które nie odpowiadają jego kanonom piękna. Za jedyną (względnie stałą) towarzyszkę codzienności ma Olgę, koleżankę z miejsca zarobkowania o przyjemnej powierzchowności oraz o nikłych zdolnościach kulinarnych. Tym razem nie przeproszę za spoiler, bo tego drugiego chyba wszyscy się spodziewali.  

Książka budzi bardzo skrajne emocje u czytelników – jedni traktują ją jak seksistowski gniot o niczym, inni gadają, że jest trafną satyrą na współczesne społeczeństwo, a autor dzieli się ciekawymi spostrzeżeniami o młodych mieszkańcach stolicy. Podobno Piotr C. tworzy, aby ostrzec odbiorców przed materializmem i upadkiem moralnym, do którego (rzekomo) dążymy.

Nie uważam Pokolenia Ikea za arcydzieło literatury, o czym wspomniałam na początku. Jednakże przepisanie fragmentu o kredycie i braku rodziny miało swój cel. Fragment ten przypomniał mi o dawnym koledze ze szkoły, dążącemu ku podobnemu zniewoleniu, co bohaterowie książki – światu, gdzie nikt nikogo nie szanuje, żyje się na pokaz, a prawdziwi przyjaciele po prostu nie istnieją.

 

Klatka z betonu

Opowiem teraz Wam o Yuppie, nie zdradzając jego prawdziwej tożsamości. Są tacy, którzy poznali go osobiście – wiedzą, że nie jest zwykłym człowiekiem. To młody mężczyzna o wielu imionach.

Yuppie mieszkał w obrzeżnej dzielnicy Warszawy. Zajmował przeciętne mieszkanie w przeciętnym bloku – dostatecznie wysoko, aby zmęczyć się przy wchodzeniu po schodach i dostatecznie nisko, aby sąsiedzi kradli mu ręczniki z balkonu. Uczęszczał do lokalnego przedszkola, lokalnej podstawówki, lokalnego gimnazjum i lokalnego liceum. Żadnej z tych placówek nie lubił, bowiem figurowanie na liście uczniów zmuszało do kontaktu z ludźmi. Yuppie zasadniczo był nieufny i podejrzliwy. Uważał, że drugi przedstawiciel gatunku homo sapiens pragnie mu zaszkodzić – toteż wolał zwierzęta. Miał kota i dwa psy.

Yuppie lubił czuć się męski. Połowę ziemskiego bytowania spędzał na bieganiu, siłowni albo sztukach walki. Poszerzał nieustannie swoją kolekcję marynarek, koszul i krawatów. Pachniał piżmem. Po dwudziestym roku życia zapuścił brodę, żeby przypominać Massimo Torricelli z 365 dni. Deklarował, że nie zależy mu na uwadze płci przeciwnej. Naturalnie nikt nie wierzył. Posiadał konta na wszystkich możliwych portalach społecznościowych, może za wyjątkiem Aska. Wstawiał dużo zdjęć. Opatrywał je cytatami Briana Tracy albo Billa Gatesa o dążeniu do sukcesu i wykorzystywaniu potencjału.                                            

Pod koniec szkoły średniej jego koledzy oddychali z ulgą, widząc, że dopuszczono ich do matury. Do niedawna borykali się z zagrożeniami. On posiadał dwa dyplomy z konkursów i zastanawiał się, czemu nie ma trzeciego. 

Pamiętam, że dawał spisywać zadania domowe. Pamiętam też, że powiedział mi dokładnie, co było na klasówce z WOS-u. Dzięki niemu dostałam szóstkę.

Kreował się na biznesmena z udanym życiem.

Otaczał się ludźmi, kreującymi się na biznesmenów z udanym życiem.

Chciał być dyrektorem wielkiej firmy.

Chciał władzy nad ludźmi. Marzył o tym, aby czytać w ich umysłach i kontrolować je.

Uwielbiał politykę. Nie grzeszył religijnością, ale chętnie rozmawiał o wolnorynkowej gospodarce.

Lubił drobne, filigranowe blondynki.

 Jego dziewczyna była drobną, filigranową blondynką. Pierwsza, druga i trzecia. Nie wiodło mu się z kobietami. Mówił, że go zdradzały. Nie przyznawał się, gdy cierpiał. Widywałam go jeszcze z kobietą, która nie była blondynką. Według deklaracji – partnerką też nie. Kim była? Aniołkiem, mawiano. Spędzali dużo czasu, rozmawiali. Oboje mieli trudną przeszłość i czuli się samotnie. Twierdzili, że ich dużo łączy. Otoczenie zgadzało się tylko częściowo.

Trudno jednak zaprzeczyć, iż nazwanie owej dziewczyny Aniołem było niezwykle trafne. Wyróżniała ją gorliwość w praktykach religijnych, połączona z olbrzymią dozą miłosierdzia dla bliźniego. Poza tym....specyficzny sposób uwieczniania wizerunku. Anioł nawiązywał dziwną relację z niektórymi aparatami, które rozjaśniały jej twarz i nadawały delikatny, trochę nienaturalny wyraz. Przypominał ducha, otoczonego świetlistą poświatą.




Właśnie przypomniał mi się teledysk do piosenki October & April. Anioł nie miał tak intensywnego blasku jak Anette Olzon – ale nie da się, po prostu nie da, zaprzeczyć, że wniósł dużo do życia wielu osób. Zwłaszcza, jeżeli mówimy o codzienności Yuppie.

Oryginalnego teledysku nie wstawię. Jakąś kopię z YouTube owszem. Z napisami, bo tekst pasuje do mojej opowieści. 




Yuppie wciąż odnosił porażki w sferze miłosnej. Gdy czuł się gorzej, pakował na siłowni i wstawiał kolejne zdjęcia. Sypiał mało, po 2-3 godziny na dobę. Uczył się do konkursów, robił prezentacje. Jego Anioł pisał projekty i tworzył niesamowicie ambitne wypracowania. Oboje byli perfekcjonistami z talentem do marnowania czasu wolnego. Kiedy Anioł spotykał Yuppie w szkole, jedno chwaliło się drugiemu, co osiągnęło. Poza tym mieli bardzo ograniczone życie towarzyskie.

Przyszło wybrać studia. Yuppie nalegał, aby Anioł wybrał administrację lub podobny kierunek – chciał mieć go blisko siebie. Chciał, aby Anioł obracał się w świecie prawdziwego biznesu. Anioł stwierdził, że woli pracować z młodymi ludźmi. Yuppie nie lubił dzieci, brzydził się nimi bardziej niż kiedykolwiek to słownie wyraził. Miał traumę, Anioł to wiedział – i mimo wszystko nigdy nie odmówił Yuppie rozmowy.

Yuppie chętnie zwierzał się Aniołowi. Gdyby był pobożny, zanosiłby modlitwę Angel of God w kierunku swojej (chyba jedynej prawdziwej) przyjaciółki. Ale nie był. Oficjalnie pożegnał się z Kościołem, mając niespełna 9 lat  czyli wtedy, kiedy przystąpił do Pierwszej Komunii. Komżę założył, do zdjęć zapozował, prezenty odebrał. 

Anioł w trakcie studiów pojął, że aby być dobrym profesjonalistą, musi spędzać więcej czasu z ludźmi. Zaczął regularnie uczęszczać na spotkania Oazy, wzmocnił relacje rodzinne, zadbał o przyjaciół. Ostatecznie związał się z Artystą. 

Yuppie otoczył się wąskim gronem znajomych z prestiżowej uczelni. Nie wiem, czy tak ciepłymi i empatycznymi jak Anioł. Yuppie wybierał podobnych do siebie. Nie miał czasu na szukanie, miał czas na kursy i certyfikaty. Był zmęczony, przepracowany, ale dumny. Kosztem spektakularnych osiągnięć okazała się niemal cała prywatność. Swoją osobą prezentował doskonałe zaprzeczenie idei work-life balance; trochę tak, jakby lękał się sytuacji, w których nie śpi, nie je i nie pracuje. Niejako uzależnił się od napinania sobie grafiku i konkurowania z innymi.

Anioł znalazł zatrudnienie. Nie mam pewności, czy dostał etat w szkole, w muzeum czy w redakcji czasopisma. Nie zarabiał najwyżej pensji, ale była to praca ciekawa, kreatywna, zgodna z humanistycznymi zainteresowaniami. 

Spotkał się jeszcze raz z Yuppie. Spisał się jeszcze raz z Yuppie. Mógłby się jeszcze zdzwonić z Yuppie, gdyby nie fakt, że komórka naszego bohatera ewidentnie nie służyła do utrzymywania kontaktów – a przynajmniej nie w takim znaczeniu, jakie zwykle przypisujemy. Wszyscy wiedzieli, że Yuppie posiada telefon: jeden do dzwonienia, drugi do zamawiania pizzy i kebabów, trzeci do rozmów z aktualną partnerką. I mimo tego.... nikt nie znał numeru. 

Anioł wziął skromny, kameralny ślub, aby niedługo potem potwierdzić swoją osobą przekonanie, że pedagożki to najlepsze żony i matki. Nie byłam na ślubie. Yuppie też nie. Przestał się odzywać do Anioła dużo wcześniej. Na portalach społecznościowych od lat nie pojawiło się żadne zdjęcie dawnego przyjaciela. Dziwna sprawa wiązała się z tym zniknięciem. Spodziewać się należało, że skoro Yuppie zrezygnował z chwalenia się muskulaturą, wyrzekł współpracy z projektantami męskich garniturów, to pewnie szykuje coś spektakularnego dla swojego biznesu. Ani o firmie, ani o właścicielu nikt już nie usłyszał.

A teraz ogłaszam konkurs na najlepszą koncepcję co do dalszych losów Yuppie. Inspiracją może być Wasza znajomość psychologii, lektura Pokolenia Ikea (jeżeli jakimś nieszczęściem to przeczytaliście) albo taśmy American Psycho. Towarzystwo, w jakim przebywał nasz bohater, nieco przypominał młodych biznesmenów z tego filmu. Podzielcie się pomysłami w komentarzach.


Jako nagrodę zaoferować mogę siatkę kartofli na pyszne, domowe fryteczki.

 

Primus Inter Pares

Piotr C. prowadzi bloga o tym samym tytule, co jego pierwsza książka. Tematyka tegoż oscyluje wokół szeroko pojętych relacji damsko-męskich. Z przyczyn niezbyt zrozumiałych jego wypociny czyta głównie płeć piękna. Od dosyć dawna traktuje się go jako eksperta w kwestii związków. Diabli wiedzą, dlaczego.

Ale tworzy. I pisze.

Dzisiaj – chcąc nie chcąc – wzięłam przykład. Najpierw przekopiowałam kawałek jego dzieła, a potem opowiedziałam własną historię. Ten fragment, który mieliście okazję czytać, niesamowicie celnie opisywał pułapkę, w jaką wpadł Yuppie. On nie miał kredytu, nie mieszkał na Ochocie, nie pracował na Mordorze, on po prostu zatracił siebie w pogoni za fikcyjnymi osiągnięciami. Nigdy nie był z siebie zadowolony, ciągle coś udowadniał. I potwornie wykorzystywał innych ludzi. 

Oceniał, bo sam bał się bycia ocenionym.

Anioł zawsze czuł, co czuje Yuppie i wiedział, czego może potrzebować. Osobiście spotykając Anioła, poznałam jego inne „dary”, które zdawały się sugerować jego absolutną przewagę, a odbijały się czkawką. Chciał zaopiekować się człowiekiem, który niespecjalnie był zdolny wchodzić w bliskie relacje. Stąd Anioł długo traktowany był jako pocieszyciel, deska ratunku, opcja rezerwowa, aż w końcu padł ofiarą ghostingu – mówiąc po polsku, Yuppie się ulotnił. Przepadł. Być może zmartwychwstanie, gdy znowu mu coś w życiu nie wyjdzie.

Aniołek na zdjęciach coraz mniej przypomina ducha. Coraz częściej widać jej opaleniznę, a nie otuloną białym światłem sylwetkę. Uczy się brać, choć jej anielska postać jeszcze odrzuca niektóre dary od życia. Anioły w popkulturze bywają przedstawiane jako istoty dobre, choć naiwne – nasz Anioł nabiera doświadczenia. Ecce Homo! 

W ziemskich latach nie doszła jeszcze do trzydziestki. Teraz ma blisko Artystę i grono wieloletnich przyjaciół. Kiedy jednak Artysta realizuje program wieczorny, wraca o przedziwnych porach do domu. 

Anioł przyznaje, że czasem po prostu nie ma siły mu towarzyszyć. Jest dzieckiem nocy i najlepiej wypoczywa w samotności. Kładzie się na niebieskiej, narożnej kanapie z IKEI, otula pościelą JÄTTEVALLMO albo LYKTFIBBLA i wygląda na prawie pustą, pełną zamkniętych sklepów ulicę Antoniego Chruściela „Montera”. Lubi klimat niedużych miasteczek, więc życie w Rembertowie, niezbyt przypominającego resztę Warszawy, mu odpowiada. Tam nie ma neonów, mówi, tylko drzewa i słabe latarnie.

 

Póki nie zaśnie, patrzy. To podobno przynosi ukojenie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką