Make love, don't fight - o kościelnym znaczeniu solonego kartofla
Skończyłam. Dzień po rozliczeniu praktyk odwiedziłam dziadków, dawniej mieszkańców jednego z lubelskich miast, a obecnie obywateli Mokotowa. Gawędziliśmy przy kawie i serniku. Tuż przed siedemnastą opuściłam ich mieszkanie i udałam się na starówkę. Nietrudno zgadnąć, że do kościoła.
Odniosłam wrażenie, że w zabytkowej części stolicy najłatwiej o dobrą homilię. Zapamiętałam słynny fragment: Wy jesteście solą dla ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Kapłan ukazał problem niedosolonych ziemniaków jako niezdatnych do spożycia. Uśmiechnęłam się, bo przypomniałam sobie jasnożółtą papkę ze szkolnej stołówki. Trauma dzieciństwa!
Później wspomniał o cukrze; nie lubimy, gdy ktoś nam za bardzo słodzi. Chcemy słyszeć prawdę i powinniśmy ją głosić, nawet, gdy jest przykra – oczywiście, licząc się z uczuciami drugiej strony, zachowując dozę empatii; prawdę grzecznie podawać, a nie sprzedawać nią kuksańca. Muszę przyznać, iż nie spotkałam wielu księży z talentem oratorskim, ze zdolnością do obrazowego mówienia. Większość po prostu usypiała wiernych. Obserwując praktykujących katolików, stwierdziłam, że nie tylko koń potrafi kimać na stojąco. Zmierzałam do tramwaju i jeszcze nie wiedziałam, jaki wpływ na najbliższe dni będzie miała Ewangelia. A miała....
Kolejny tydzień pod hasłem walentynkowych zakupów. Gdyby ktoś potowarzyszył mi dłużej, stwierdziłby, że do święta zakochanych szykuję się jak do Bożego Narodzenia – szukam prezentów, piekę ciasto, sprzątam w domu, dobieram toaletę…..w sensie ciuszki kupuję. Remontu ubikacji nie planowałam. No, więc kupuję i widzę, że nie jestem jedyna. Że popyt nakręca podaż, że Centrum Handlowe Targówek ogłosiło walentynkowy konkurs. Świeci niebieski napis, za nim stoi ściana o przyjemnych kolorach. Hostessy zachęcają, aby stanąć przed napisem, poprosić o fotkę, zamieścić w dowolnym portalu – może być Facebook, może być Instagram. Klient współuczestniczy w reklamowaniu galerii.
Po Walentynkach. Znów jest niedziela, znów jestem w kościele. Już nie warszawskim, a radzymińskim. Z braku miejsc stoję. Ksiądz czyta, potem zaprasza wszystkie dzieci przed ołtarz. Grzeczne są. Po mszy wszyscy wierni jak jeden mąż pędzą do jedynej otwartej cukierni. Mojej ulubionej, słynącej z nietuzinkowych wyrobów, znacznie wykraczających poza schemat sernika i szarlotki. Stoję w kolejce pół godziny. Łapię autobus do Marek.
Kochanej koleżance ofiarowuję nabyte łakocie. Spodziewam się skromnego przyjęcia, kawy, pogawędki. Nie oczekuję wiele. A ona podaje obiad, przyrządzony z rozmachem świątecznym. To wyjątkowa dziewczyna, bardzo serdeczna i życzliwa. Należy do ginącego gatunku kobiet, które przed dwudziestym rokiem życia nauczyły się wszystkiego, co potrzebne do prowadzenia gospodarstwa domowego. Studentki nie radzą sobie, gdy trzeba wstawić pranie albo usmażyć schabowego – ona już dawno zdała egzamin samodzielności. Szaleje z radości, gdy widzi, że ktoś ją odwiedza. Energiczna, gościnna, bardzo spontaniczna. I żadna tam Matka Polka! Bliżej jej do Włoszki, bo Włoszki są ładne.
Smaży mi kotlety. Nie schabowe, tylko karkowe. Dostaję całą miseczkę bigosu. Jej matka kładzie mi na talerzu jakieś pół garnka ugotowanych, dosolonych kartofli, w lodówce czeka jeszcze orzechowiec. Tak, tak, kochana – woła koleżanka – dobrze widzisz. To ciasto też jest dla ciebie. Jedz, bo zaraz dostaniesz trzeciego kotleta. Jak ty do mnie ze słodyczami, to ja do ciebie z obiadem. Sól i cukier, temat homilii z zeszłego tygodnia, stosowane we właściwych proporcjach, dały najlepsze wspomnienie ferii. Słone ziemniaki i słodki orzechowiec.
Naturalnie wszystkiego nie zjadłam. Po „cukrze”, czyli obdarowaniu bezinteresowną miłością, przyszedł czas na „sól”, czyli rozmowy o tematach trudnych i przykrych.
O odrzuceniu, samotności, ludziach, którym nie warto ufać.
O porzuconych nadziejach, nieudanych związkach, zawodach miłosnych.
O ciąży, macierzyństwie, planach na przyszłość.
O odpowiedzialności i wierze w bliźniego.
Poczułam się lepiej, uzyskując tyle wsparcia. Ktoś mnie zrozumiał, ktoś dał do zrozumienia, że nie jestem sama. Mam nadzieję, że ona też coś ode mnie dostała.
Niektórzy nienawidzą Walentynek. Naturalnie nie zaliczam się do tego grona, nie każdy jednak miał tyle szczęścia. Czasem nie trzeba dosypywać "soli", bo rzeczywistość pewnych osób jest wystarczająco gorzka. Kiedyś gardziłam szkolną pocztą walentynkową, nie widziałam w niej potencjału, aby komuś jednym gestem rozjaśnić dzień. A są tacy, którzy tego potrzebują. Uznali, że patron zakochanych wcale się nimi nie interesuje, bo żadna istota nie wyciągnęła ręki. Niekiedy brak "cukru" postanawiali zrekompensować sobie alkoholem. Bez metafor, cudzysłowu, ukrytych znaczeń. Co szkodzi bardziej niż izolacja?


Komentarze
Prześlij komentarz