Kilka słów do ofiar polskiej edukacji
Czasem przypominam sobie licealne lata. Słyszę wtedy głosy korposzczurów, którzy mniej zdolnych uczniów chcieli wysłać na zarobkowanie w Żabkach, Lidlach i Biedronkach. Kiedy natomiast oderwę się od wspomnień i posłucham propagandy, opisującej zdalne nauczanie jako największe osiągnięcie cywilizacji polskiej – odmawiam modlitwę w intencji tych wszystkich, którzy z patologiczną familią siedzą 24 godziny pod dachem. I czują, że są w potrzasku.
The story of my life
Na zakończenie gimnazjum
uzyskałam nieco poniżej 140 punktów. Dziś taki wynik zostałby uznany za kiepski,
należy jednak pamiętać, że kształciłam się w czasach dużo
spokojniejszych. Miałam odbyty wolontariat, wysokie miejsca w konkursach, przyzwoite
stopnie. Połowa placówek stała przede mną otworem. Chodziłam na dni otwarte,
wybrałam 3 szkoły. Wszędzie mnie przyjęto.
Żeby było zabawniej – nie
poszłam do żadnej z nich. Ostatecznie zdecydowałam się na liceum w pobliżu
Cmentarza Bródnowskiego. Każdy, kto przegląda te debilne rankingi, wie, że prestiżowe
przybytki oświaty leżą gdzie indziej:
Śródmieście, Ochota, Mokotów. Nie powiedziano tego wprost, ale niektórzy chyba mnie
skazali na najgorsze, gdyż wybierając liceum nisko w klasyfikacji, postanawiam oblać maturę, zapomnieć o studiach, zasilić szeregi bezrobotnych. Brakuje
tylko trumny. Z wiśniowego drewna, bo to moje ulubione.
Inne rzeczy poczytywałam za
priorytet. Bądźmy szczerzy – komfort rzadko idzie w parze z
prestiżem. Albo harujesz w pogoni za fikcyjnymi osiągnięciami, albo zyskujesz
opinię obiboka. Moje koleżanki z Frycza próbowały dopasować się do wygórowanych
wymagań belfrów i płakały, gdy zdobycie 3 okazywało się za trudne. A ja?
Odwiedziłam Pragę w Warszawie, potem Pragę w Czechach, zieloną szkołę spędziłam
w Karkonoszach. Przynajmniej raz w miesiącu organizowano nam wyjście do Kina
Muranów, żeby pokazać wartościowsze filmy, oprócz tego regularnie biegaliśmy po Parku
Bródnowskim. Uczyliśmy się, lecz trochę inaczej.
Stres przed maturą dotyczył wszystkich. Nie było to domeną wybranej grupki stołecznych
licealistów. Przyszedł czerwiec: okazało się, że wśród uczniów mojej klasy nie
zdała tylko 1 osoba. Ponieważ pokonała ją matematyka, nikogo nie dręczyła pokusa, aby zadrwić, upokorzyć....Uchodziliśmy za humanistów z krwi i kości. Odetchnęliśmy z ulgą, spojrzeliśmy na resztę wyników. Język polski, historię czy geografię napisaliśmy na poziomie zbliżonym do średniej krajowej. Poczuliśmy SZANSĘ, aby studiować. Zaczęliśmy szukać uczelni.
Na wojnie młodzi giną
Miałam kiedyś wielu kolegów,
urodzonych w 2001 roku. Przeważająca część tych znajomości nie przetrwała próby
czasu, ale trudno uznać je za całkowicie bezwartościowe. Oczyma ówczesnych 16-latków obserwowałam kwiatki reformy. Pamiętam
olbrzymią frustrację, gdy progi skoczyły. Nigdzie nie można było się dostać.
Moje liceum na Targówku
niegdyś wymagało zaledwie 100 punktów (nie licząc klas dwujęzycznych). Dla
rocznika 2001 wyznaczono próg 130.
Do zachwalanej szkoły
nieopodal Złotych Tarasów wiele roczników potrzebowało 115 punktów. Nagle
zrobiło się 140.
Moja dobra koleżanka dostała
się do swojej placówki, mając trochę ponad 130 punktów. Teraz by to jej nie
wyszło – urosło do 150.
Kopernikiem, Żeromskim,
Batorym, Hoffmanową, Staszicem czy Cervantesem nawet się nie interesowałam. Liczby
z pewnością by mnie przeraziły.
Jednak nie to było najgorsze.
Najgorsi byli rodzice, którzy nie kumali, co się dzieje. Za niepowodzenia
obwiniali dzieci i najchętniej by im zabrali życie towarzyskie. Bo młody ma
siedzieć nad zeszytem. Czy trzeba być pedagogiem, żeby dostrzec, gdzie naprawdę
leży problem?
Dlaczego uważam, że jestem szczęściarą?
Bo moja rekrutacja była przyjemna, a nie traumatyczna.
Bo ani ja, ani ukochany
Ambeatz nie daliśmy się zmanipulować.
Tupiemy nogą w akcie protestu przeciwko wyścigowi szczurów.
Bo moja młodsza siostra nie oddała życia prywatnego. Kupuje
lakiery, inwestuje w sprzęt i ćwiczy dekorowanie paznokci. Fajne, modne
zajęcie.
Bo nasi rodzice, dziadkowie,
wujkowie i ciocie nie zrzędzą, że
stopnie za niskie. Nie oczekują królików z kapelusza.
Bo codziennie bywam w Warszawie, która roztacza największe perspektywy spośród wszystkich polskich miast. Jest stosunkowo łatwo o przedszkole, studia czy kursy zawodowe.
Bo codziennie bywam w Warszawie, która roztacza największe perspektywy spośród wszystkich polskich miast. Jest stosunkowo łatwo o przedszkole, studia czy kursy zawodowe.
Bo poznałam ludzi, którzy nie
poszli na uniwersytet – a finansowo radzą sobie dobrze i wiodą udane życie.
Bo sprawny transport publiczny umożliwia korzystanie z licznych atrakcji Mazowsza. Są takie regiony, gdzie bez własnego samochodu trudno dotrzeć do najbliższej Biedronki.
Bo sprawny transport publiczny umożliwia korzystanie z licznych atrakcji Mazowsza. Są takie regiony, gdzie bez własnego samochodu trudno dotrzeć do najbliższej Biedronki.
Zadaję sobie pytanie, skąd bierze
się specyficzny masochizm u sporej części narodu. Przekonanie, że jeśli
cokolwiek uda mi się osiągnąć, to wyłącznie dzięki forsownemu treningowi, żelaznej dyscyplinie i surowemu nauczycielowi.
Tę cechę obserwuję zarówno u zagorzałych tradycjonalistów, którzy uporczywie promują
szkolnictwo zawodowe jako słuszną drogę dla absolwentów 8-letniej podstawówki, ale
również u karierowiczów, co dla wyników poświęcą psychiczne zdrowie. Nie
prowadziłam badań naukowych, nie sporządzałam ankiet, nie robiłam wywiadów z socjologami.
Nadrobię zaległości, przysięgam. Bazując jednak na dostępnych materiałach, obserwuję,
że pojęcia demokracja, dialog, empatyczna komunikacja, kreatywność,
indywidualizm znane są od niedawna.
Jeszcze 40 lat temu nie było mowy o żadnej podmiotowości – ani w wychowaniu,
ani w czymkolwiek innym. Kultywowano wychowanie
opresyjne, którego lekką karykaturę można dostrzec jako wątek 7 uczuć. Polecam gorąco ten film. Z pozoru
głupawy, ale jednak pokazuje, że nieleczone traumy i zaburzenia generują dalszy
rozwój patologii. Resztę pozostawię Waszym przemyśleniom.
(Nie)równe szanse?
Zarządcy placówek mogą być
różni, nauczyciele wredniejsi lub łaskawsi, sale lepiej lub gorzej wyposażone –
ale ostatecznie wszyscy uczymy się podobnych bzdur. Podstawa programowa będzie identyczna. Tak zawsze miało być: w
wieku 7 lat wszyscy pójdą do szkoły i wszyscy spróbują opanować kaligrafię. Teoretycznie
oświata jest dla zdobywania umiejętności, ale w praktyce służy wypracowaniu
pewnych standardów, dostarczeniu dużej
grupie ludzi podobnych doświadczeń. Niektórzy pedagodzy mówią o
wyrównywaniu braków, ale sami przyznacie, że w 30-osobowej klasie trudno o
zainteresowanie problemami każdego ucznia.
Warto studiować. Warto być
ambitnym i pracowitym, zaradnym i samodzielnym. Ale nie wolno sobie wmawiać, że
jeden wybór przekreśla całe Wasze życie.
Skoro system szkolnictwa, rynek
zatrudnienia i partia rządząca jest dla wszystkich taka sama, to wniosek nasuwa
się prosty. Nie ulegać presji otoczenia, bo ono nie ma pojęcia, czego potrzebujecie.
Jeżeli stwierdziliście, że na koniec będzie kijowo, że czeka Was malowanie ścian
w Norwegii albo zbieranie truskawek w Holandii – wiek nastoletni przeznaczcie
na rozwijanie Waszych osobistych pasji, naukę tego, co faktycznie Was kręci. Nie
angażować się w rzeczy, które Was nie przekonują. Żyć tu i teraz.

Komentarze
Prześlij komentarz