Syndrom rozczarowanej królewny – patologiczna miłość według Walta Disneya




Wiecie, czym jest bowaryzm? Chyba powinniście. Świeżo upieczeni maturzyści na pewno kojarzą książkę Gustawa Flauberta „Pani Bovary”, której bohaterka przekonuje się, jak bardzo panieńskie fantazje nie znajdują odzwierciedlenia w małżeńskich realiach. Oto Emma, wiejska dziewczyna, traktująca ślub jako przepustkę do lepszej egzystencji, doznaje rozczarowania. Zamiast praktycznego zastosowania maksymy żyli długo i szczęśliwie – trafia do pustego domu, gdzie mąż jest raczej gościem niż mieszkańcem. Dodajmy, że totalnie nie wykazuje zainteresowania cudzą samotnością, bo wyżej ceni swoją karierę kiepskiego medyka. Kijowo, nie uważacie?

A teraz skonfrontujcie to z tym, jak wyglądają współczesne licealistki. Farbują włosy, malują paznokcie, podejmują mniej lub bardziej udane próby makijażu. Wymieniają się opiniami o kremach do rąk, sposobami na trądzik. Szukają hajsu na mordercze treningi w obawie przed nadprogramowymi 10 kilogramami, otrzymanymi jako hojna zapłata za zjedzenie 2 batoników. Żyją pod presją bycia ładną – bo jeśli będą brzydkie, nie znajdą chłopaka. Pomyślcie teraz, jakie myślenie pojawiło się u dziewczyny, kiedy odpaliła sobie disneyowskiego Kopciuszka albo Królewnę Śnieżkę.



Autostrada do piekła

Zarówno Śnieżka, jak i Kopciuszek mają przesrane od najmłodszych lat. Wychowują się w dysfunkcyjnych rodzinach, bez matek, bez wsparcia. Nikt ich nie kocha, wszyscy uprzykrzają życie. Belli wiedzie się niewiele lepiej – jest córką miejscowego dziwaka, z którego nabija się cała wieś. Zaczyna się patologicznie, choć oczywiście wytwórnia Walta Disneya ubierze to w kolorowe tła i wesołe piosenki.

Następuje rozwinięcie akcji: problem, od którego zależy cała przyszłość bohaterki.

Śnieżka przeżywa zamach na swoje życie, zaplanowany przez ogarniętą dziwną obsesją macochę. Babsko po trzydziestce (zapewne dzieli je stosowna różnica wieku) dochodzi do szokującego wniosku – nastolatka na utrzymaniu jest ładniejsza. Przerażenie bierze się zapewne stąd, że mimo (aż) czternastu lat wciąż nie świeci pryszczami.

Kopciuszek chce iść na imprezę, żeby poznać rozpieszczonego przez rodziców playboya, popularnie zwanego Księciem. Brak odpowiednich ciuchów urasta do rangi dramatu.

Bella jeździ po kraju i znajduje swojego starego, zamkniętego w piwnicy przez burżuja-psychopatę. Ponieważ minotaurowaty osobnik nie studiował resocjalizacji na UKSW, nie ma pojęcia o humanitarnym traktowaniu więźniów. Dość jednak nasłuchał się zawodzeń, toteż akceptuje zamianę nieszczęsnego ramola na urodziwszy egzemplarz homo sapiens.

Zaczęło się od patologii, ciągnie się przez kolejną patologię, obładowaną treściami dla dojrzałych odbiorców powyżej 16 roku życia. Ale przecież dzieci będą spać lepiej….

Możliwy los Śnieżki: umrze z głodu, zamarznie, albo zostanie damską wersją Tarzana – model: średniowieczna Europa.

Możliwy los Kopciuszka: trudne życie uczyni ją tak zwaną „kobietą upadłą”. Kopciuszek znaleźć może swojego sugar daddy, który będzie jej fundował ciuchy na podrywanie gości o podobnej zasobności portfela.

Możliwy los Belli: zakładam, że Bestia ma coś wspólnego z Sinobrodym. Podzieli więc los żon Sinobrodego (odsyłam do opowieści), ewentualnie Laury Biel z 365 dni pióra Blanki Lipińskiej (nie odsyłam, bo większość fabułę zna).



Wyjść za mąż czy uciec od męża?


Choroba sytuacji, w jakich Disney (ewentualnie autorzy literackich pierwowzorów) postawił swe księżniczki, wcale nie ogranicza się do domowych konfliktów czy ciężkiej harówy ponad wątłe siły nastolatki. Znana pedagogom koncepcja resilience odnosi się do młodzieży, która dobrze funkcjonuje w społeczeństwie pomimo traumatycznych doświadczeń – teoretycznie nie ma powodu, aby na starcie skreślić Bellę czy Śnieżkę. Co u Disneya?

U Disneya ten resilience odbywa się w sposób nierealny. Wszystkie historie – królewny Śnieżki, Kopciuszka czy Belii – mimo różnych początków, kończą się sztuczną szczęśliwością. Zwieńczeniem wszystkiego jest ślub. Potem droga usłana różami, o której nie ma sensu mówić. Pocałunek, wesele i napisy końcowe.


To straszne kłamstwo, że ślub stanowi bezwzględną przepustkę do lepszej egzystencji. Wiele osób dało się omamić. Zaczynają jak Śnieżka czy Bella, kończą podobnie do Emmy Bovary. Zamiennikiem upragnionej śmierci może być flaszka, ewentualnie stado psów czy kotów, gromadzonych dla zagłuszenia własnej samotności.




Niestety nie jestem autorką tych zdjęć. Odpowiada za nie Dina Goldstein, która 
postanowiła ukazać celebrytki Disneya w konfrontacji z rzeczywistością. 

Absolutnie nie próbuję zniechęcać do zawierania związków małżeńskich. Choć formalnie wciąż figruję jako panna, dosyć często przeglądam Instagrama, gdzie zamężne koleżanki wstawiają fotki. Najpierw wieczór panieński, obowiązkowo w Manufakturze Czekolady, potem kościelny ślub w białej sukni, wesele – coraz częściej bez alkoholu, bo pobożniejsze pary chcą promować dobre nawyki wśród gości. Dużo radości. Rozumiem potrzebę celebrowania, czynienia tego dnia najpiękniejszym w życiu. Ale….

Ale pamiętam też wypowiedź mojej wykładowczyni. Na zajęciach z patologii społecznej, obok typowych sposobów zwalczania przemocy w rodzinie, skierowała ku nam ważną prośbę:

Kochane dziewczyny, jesteście młode, śliczne, czarujące. Ale kiedy poznacie jakiegoś chłopca, to pamiętajcie – jak kochany by nie był, trzeba mieć własne pieniądze, własną pracę, własnych znajomych. Wszystko własne. Nie dajcie mu się zamknąć w czterech ścianach, bo nie wiadomo, co może się wydarzyć.

Ślub to nie koniec. Ślub to początek innego życia – często pełnego cierpienia, o którym się milczy. Nie warto oczekiwać od księcia na białym koniu, aby strzegł Cię od wszelkiego złego. Kto powiedział, że sama nie dasz rady?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką