Diabelskie wynalazki - dlaczego gry ewangelizacyjne okazały się klapą?


Gdybym teraz pojawiła się w gronie młodzieży, pałającej miłością do zabaw komputerowych, z pewnością pytałabym o preferencje. Nie mam już orientacji, co ją pociąga – informacje, którymi dysponuję, przedawniły się o jakieś 10 lat. Gimnazja wykazywały wtedy niezdrowe podniecenie Slenderem od Parsec Productions, starsi odbiorcy nie szczędzili pochwał Amnesi czy Outlastowi. Przyznaję, niektóre produkty spod znaku grozy były naprawdę udane. Niektóre….

Inaczej było z grami ewangelizacyjnymi. To gatunek, o którym większość współczesnych nastolatków nie słyszała – wcale nie z powodu niskiej religijności, a raczej epoki, w jakiej przyszło im żyć. Naród przeżył lata 90. w nieświadomości luki, wypełnionej później przez Ja jestem. Wspomniane dzieło do dziś pozostaje najbardziej udanym produktem na krajowym rynku. Wiem, brzmi groteskowo.

Z kolei ostatnia polska przygodówka, promująca treści biblijne, ujrzała światło dzienne w 2012 roku. Nie spodziewam się skrajnej brawury po deweloperach, aby wciąż promować gatunek kojarzony z  katastrofą finansową. Produkty te nie zyskały renomy, a raczej zażenowanie krytyków. Wyjaśnię, dlaczego.

 

Powiew świeżości

Nie dysponuję wiarygodnymi informacjami, która zachodnia produkcja zawitała jako pierwsza, ale myślę, że naród polski wiele zyskał poprzez opóźnioną styczność z Saints of Virtue (1999) czy Catechumenem (2000). Dla narodu hitem było to, co rodzime. Przez jakiś czas.

Ja jestem stanowiło symbol nowatorstwa. Przedstawiciele bocznej gałęzi mojej familii kupili go, kiedy byłam w przedszkolu. Do dziś gości na półce, mimo prawie 20 lat  i tak pozostanie. 


Było pierwszą ewangelizacyjną przygodówką, wyprodukowaną w całości przez naszych rodaków.

Zawierało kilkadziesiąt szlagierów Arki Noego, popularnej przez wzgląd na okoliczności uformowania się grupy (przyjazd Jana Pawła II do ojczyzny).

Sprzedawano je po przystępnej cenie. Pierwotne 69,90 złotych prędko obniżono do 30.

Miało niskie wymagania sprzętowe. Tak niskie, że odpalenie wspomnianego dzieła na współczesnym komputerze przysporzyłoby Wam dużo problemów.

Uczciwie przyznam, że tę grę lubiłam. Nigdy nie traktowałam jej jak arcydzieło, ale krajobrazy palestyńskie były ładne. Łamigłówki i zręcznościówki jeszcze do dziś odpalam; czasem wygram, czasem przegram. A najbardziej podobał mi się motyw, którego Krzysztof "NRGeek" Micielski szczerze nienawidził  zdobywanie przez Filipa (głównego bohatera) pożywienia, drogą kupna lub zbieractwa. Jeżeli w testowanym programie pojawia się wątek gospodarowania zasobami, od razu zyskuje moje uznanie. Tak mam. 

Opisane przymioty niestety nie zagwarantowały dostatecznie dużego sukcesu do realizacji wersji hiszpańskojęzycznej ani (tym bardziej) kontynuacji. Owszem, gra zyskała pewną popularność, ale nie wykraczała ona poza kręgi ściśle związane z Kościołem. Wydawnictwo Multimedialne Marana Tha z siedzibą w Gdańsku przestało istnieć niedługo później, zaś dystrybucją niesprzedanych egzemplarzy Ja jestem zajęło się Wydawnictwo Pasterz spod Wrocławia.

Powtarzam jeszcze raz – nie z Wrocławia, tylko spod Wrocławia.

 

Dom na piasku

Dolnośląska oficyna ma na sumieniu wydanie przynajmniej 2 gier na komputer osobisty: Być uczniem Jezusa, wypuszczonego w grudniu 2011 roku oraz pewnego rodzaju kontynuacji, czyli Przygody ze świętym Piotrem, której premiera nastąpiła 5 miesięcy później. Oferta wspomnianej wytwórni jest naturalnie dużo szersza, gdyż obfituje w zbiory multimedialnych quizów i łamigłówek – te jednak trudno nazwać grami przygodowymi. Toteż oszczędzę sobie czasu.

Wydawać się mogło, że rosnąca liczba produktów pójdzie w parze z postępującą jakością. Gier chrześcijańskich ta zasada nie obowiązywała – każdy tytuł był gorszy od poprzednika. Skoro Ja jestem prezentowało określony poziom scenariusza, dialogów, grafiki i zagadek, to potencjalny nabywca miał prawo spodziewać się każdego z wymienionych elementów nowego produktu w formie udoskonalonej, a przynajmniej zaskakującej niekonwencjonalnością. Spotkało go duże rozczarowanie.

Na szczegółowy wywód o wadach i zaletach tych gier przyjdzie moment. Zanim to nastąpi, chciałam się podzielić pewną obserwacją. Otóż skromny, rodzimy rynek programów ewangelizujących przewiduje ofertę wyłącznie dla kilkulatków, zaniedbując starszych odbiorców. Nie powstały dotąd żadne, nawet najsłabsze, gry odpowiednie dla bierzmowanej młodzieży czy przyszłych małżonków. Potraficie to wytłumaczyć?

Jeżeli ktoś ma pomysł, niech napisze w komentarzu. Ja tylko wspomnę, że statystyczny polski gracz ma 35 lat, jest średniego wykształcenia i pracuje na pełnym etacie. Dodatkowo taka ciekawostka – prezentowane dane pochodzą z 2010 roku. Nie uległy dużej zmianie.


Kolekcjonerzy zarzutów

Nie muszę tłumaczyć, dlaczego rynek amerykański jest dużo bogatszy od polskiego. Skoro wystartowali wcześniej, bo już w latach 80. ubiegłego stulecia – przypuszczać można, że ich twory będą lepsze jakościowo. O zgrozo, nie są.

Ludność Nowego Kontynentu powołała do istnienia wspomniane już Saints of Virtue, przez Krzysztofa „NRGeeka” Micielskiego uznane za odrażające i szkodliwe, Catechumena, będącego pierwszoosobową strzelanką, osadzoną w starożytnym Rzymie, a potem jego kontynuację Ominous Horizons (2001), którego związek z treściami chrześcijańskimi okazał się – moim skromnym zdaniem – dosyć problematyczny. Podobno firma, odpowiedzialna za produkcję 2 ostatnio wymienionych gier, upadła z powodu niskiej sprzedaży. Wielokrotnie krytykowano też Przygody Noego (ang. Noah’s Adventures) z 2004 roku, zaś stosunkowo nowe Jesus Christ RPG z 2016 roku…..w dużym uproszczeniu spotkało się z mieszanym odbiorem. Ci, którzy ocenili ten tytuł pozytywnie, raczej nie sugerowali się (okropną) grafiką, lecz skupili na ironicznym poczuciu humoru twórców. Czyli na głównym plusie produktu.

Gołym okiem dało się zauważyć, że wady gier religijnych są w zasadzie wspólne, niezależnie od kraju czy roku produkcji. Najczęściej wytyka się błędy dotyczące:


Fabuły – przeważnie nieobecnej. Nie wiadomo, o co chodzi; niby gracz ma przydzielone zadania, ale trudno uznać je za element składowy jakiejś historii. Po prostu chodzisz, biegasz, coś zbierasz, do kogoś strzelasz. Jak skończysz, to niebawem te czynności powtórzysz. Robiło się monotonnie i siermiężnie.

Scenariusza – niemal zawsze pełnego absurdów. Noe przynosił zwierzakowi laptopa, bohater Catechumena strzelał boskimi promieniami z miecza (zamiast nim machać), a zakapturzony mnich z Ominous Horizons nakazywał graczowi szukanie Biblii w Imperium Azteków albo w feudalnej Japonii z okresu samurajów.

Sterowania postacią – problem poruszany szczególnie często w przypadku Przygód Noego oraz obydwu produktów Wydawnictwa Pasterz. W przypadku tej pierwszej mówiło się o absurdalnym sposobie poruszania się Noego, skaczącym z jednej góry na drugą tak szybko i zwinnie, jakby opróżnił kanister soku z gumijagód. Nikt nie odmawia 80-latkom prawa do zachowania sprawności fizycznej, ale robienie z Noego parkourowca to już przesada. W Być uczniem Jezusa irytował bezimienny bohater, który nie potrafił stać, mając obie nogi wyprostowane. To jeszcze małe piwo, obrażające głównie poczucie estetyki. Prawdziwe trudności rozpoczynały się, gdy gracz źle pokierował protagonistą – mógł lewitować nad balkonem / krużgankiem i nie było możliwości, aby znów spacerował po gruncie. Pozostawało uruchomić ponownie grę. 

Projektów pozostałych bohaterów – napakowany anioł z Catechumena to chyba największy przebój w historii gatunku. Nie do pobicia!

Dialogów – w 90% przypadków brzmiących tandetnie albo nienaturalnie. Zdecydowanie prym tu wiedzie Być uczniem Jezusa. Przykłady? Sprzedawca, zachwalający ogórki zieloniutkie / jabłuszka czerwone jak to słoneczko (cytat). Pojawiający się znikąd głos, zwraca się do gracza: chłopcze, ile ty już godzin siedzisz przy tym komputerze?. Podkreślam – do gracza, nie do sterowanej postaci. Największym obciach to jednak piosenki, śpiewane przez odzianego na czerwono chłoptasia. Zapoznajcie się z filmikiem, wtedy zrozumiecie.


Udźwiękowienia i muzyki – klasykiem stała się ścieżka dźwiękowa, zagłuszająca rozmowy bohaterów. Często stwierdzano też skrajną nieadekwatność tempa czy nastroju melodii do sceny w grze. Głupawa, elektroniczna muzyczka, jakby odtwarzana z dziecięcej konsoli, towarzyszyć mogła scenom strzelania czy walki mieczem. Rozwiązanie przychodziło samo, jeśli gra oferowała opcję wyciszenia irytującego kawałka. Wówczas ujawniała się kolejna wada – brak odgłosów z otoczenia. Żadnego ćwierkania ptaków, pukania do drzwi, rozmów ludzi na ulicy. Grobowe milczenie.

Misji oraz zagadek – trudnych albo wręcz nierozwiązywalnych. Ja jestem wymagać mogło dokładnego rozejrzenia się po planszy, odszukania patyków na ognisko, kobierca do osiodłania osła albo drabiny, koniecznej, aby wejść na dach. Ćwiczyło zręczność i spostrzegawczość – to było uczciwe. Twórcy Być uczniem Jezusa albo Przygody ze świętym Piotrem już takiego wyczucia nie mieli. Jako przykład należy przypomnieć krzyżówki, sprawdzające wiadomości niespotykane u gracza 8- czy 9-letniego. Produkty zachodnie cechowały się natomiast licznymi błędami technicznymi – niemożnością podniesienia konkretnych przedmiotów celem ukończenia zadania, nieadekwatnie dużymi planszami czy trudnościami, gdy gracz wybiegł poza przewidziany teren.


Jeżeli twierdzicie, że powinnam napisać coś na zakończenie, śmiem wątpić. Ubiegł mnie Krzysztof „Draug” Mysiak, który w 2016 roku zamieścił opinię:


Problemem jest (…) jakość tytułów. Wśród chrześcijańskich deweloperów brakuje talentów, a jeśli już jakieś się trafią, skrzydła podcinają im małe budżety. Poza tym nierzadkie jest „sprzedawanie” produktów samą warstwą merytoryczną, z pominięciem dopracowanej strony mechaniczno-technicznej. Z tego względu (…) gry chrześcijańskie można uznać za warte wypróbowania – ale raczej wyłącznie w charakterze niezobowiązującej ciekawostki.


Z profesjonalistami nie należy dyskutować. Profesjonalistów należy sławić. Ukłonami dla Cytowanego kończę wpis na tym blogu.

Komentarze

  1. Bardzo trudno zrobić dogrą grę religijną, ponieważ taki sposób opowiadania historii opiera się na indywidualnych wyborach gracza. Fundamentem np. doktryny katolickiej jest znaczące ograniczenie autonomiczności wiernych, więc mnóstwo gatunków gier niejako stoi poza zasięgiem. Na szczęście jest kilka perełek, które moim zdaniem skutecznie głoszą słowa Jezusa Chrystusa.

    Na całym świecie w tym w Polsce bardzo popularna jest seria gier DOOM wydawana od 1993 roku. W każdej częśći (a jest ich ponad 5, najnowsza ukazała się w 2020 roku i jak zawsze zgarnęła bardzo pozytywne opinie) rozprawiamy się z hordami przeciwników w postaci demonów z piekła oraz samym szatanem we własnej osobie. Myślę że jak najbardziej można to uznać za serię gier o egzorcyzmach, pomimo tego, że główny bohater jest żołnierzem a nie duchownym.

    Drugą pozycją, która przychodzi mi na myśl jest The Binding of Isaac. Można powiedzieć, że wszystko co w grach studia Pasterz jest źle zrobione, w Isaacu jest na najwyższym poziomie. Piękna pixelartowa grafika, rozbudowane tło fabularne oraz wciągająca, dopracowana rozgrywka. Podczas rozgrywki jest multum nawiązań do Biblii. Same imiona postaci, w które gracz może się wcielić na to wskazują: Isaac, Magdalene, Cain, Judas, Azazel, Eve czy Samson. Twórca gry, Edmund McMilen, będący legendą branży tak mówi o swoim dziele :“I thought it would be interesting to take something from the Bible that was written in a factual way and say, ‘What if this happened now?’ The one thing I learned a lot with Isaac is that I don’t really think people believe in the way that they think they believe”.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za propozycje! Chętnie się z nimi zapoznam.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką