Indeks dzieł zakazanych: terapeutyczna rola Harry'ego Pottera
Nie przepadam za fantastyką. Nie oznacza to oczywiście, że gardzę każdym pojedynczym motywem, który swój byt zawdzięcza mitologii, folklorowi i upojeniu alkoholowemu autora. Wiem po prostu, jak trudno wykreować historię oryginalną, nietuzinkową, a przede wszystkim – przemawiającą do szerokiego grona odbiorców. Kiedy byłam nastolatką, półki księgarń uginały się od tanich podróbek Zmierzchu. Wiele poza tym nie było. W ostateczności obsługa proponowała oczywistą klasykę: Opowieści z Narnii, Władcę Pierścieni albo Harry’ego Pottera.
Zapoznanie się z twórczością J. K. Rowling stanowiło istotny element mojego wychowania. Przed ukończeniem podstawówki przeczytałam wszystkich 7 tomów. Sagę cenię aż do dziś, choć powód się zmienił. Za dzieciaka porywało mnie opakowanie, a nie jego zawartość. Prawdopodobnie na warstwę aksjologiczną w ogóle nie zwróciłabym uwagi, gdyby nie afera, podniesiona przez radykałów spod marki Frondy, Kultury Dobra, jak również pewnego księdza z Pomorza. Tego, co palił niewygodne lektury.
Histeria – jak sądzę – apogeum swoje osiągnęła około 10 lat temu. Zarzucano propagowanie pogaństwa, okultyzmu, wzywania duchów, a przede wszystkim zbyt nowatorskie podejście do czarów jako elementu fikcji literackiej – bo przecież seria wyprowadza (…) świat bajkowej magii poza zakreślone jej zdrowe granice.
Co nazwano zdrowymi granicami? Zdaniem pani publicystki (przeszukajcie internety) określać tak należy miejsce akcji. Mówimy bowiem o powieści, której akcja toczy się we (względnie) współczesnej Anglii – zaś akcja "bezpiecznych" historyjek w lokalizacji bliżej nieokreślonej, czyli za górami, za lasami.
Pisałam kiedyś o ludziach, którzy wszędzie widzą Szatana. Stanowić to miało niezbity dowód, że już zdążył ich opętać. Chciałam tylko przypomnieć swoje stanowisko. Nie dziękujcie.
Piśmienny stał się wrogiem
Nie widzę potrzeby (i nigdy nie widziałam) usuwania dziejów młodego czarodzieja ze szkolnych bibliotek. Z gminnych tym bardziej. Jakakolwiek książka, zyskująca popularność, oddala nas od problemu wtórnego analfabetyzmu, będącego istotnym problemem krajów wysoko rozwiniętych. Są wśród nas tacy, co wytykają młodzieży nadmierne zainteresowanie mediami społecznościowymi albo grami komputerowymi – a teraz ci sami ludzie drzeć się będą, że trzeba zaktualizować Indeks Ksiąg Zakazanych, bo literatura fantasy gorsza jest od Minecrafta.
Z tym Minecraftem trochę się zagalopowałam. Chyba jeszcze na niego nie gadali.
Kiedy rozpoczynamy temat promowanych wartości, tu same zalety. Z pewnych (niestety) zdałam sobie sprawę dopiero po ukończeniu liceum, bo nie wszystko podano nam na tacy. Uświadomienie pewnych faktów wymaga refleksji, dyskusji z innym widzem albo przeszukania zasobów sieci.
Jestem wdzięczna autorce za subtelne przekazywanie chrześcijańskich wartości – wiary, nadziei i miłości. Bez wymachiwania krzyżem, bez nachalnej ewangelizacji. Zdaję sobie sprawę, iż pisanie stanowiło dla niej formę terapii. Nie robiła tego dla kasy, choć była spłukaną rozwódką, utrzymującą się z zasiłku. Nasz protagonista czuł to, co ona czuła – każda trauma znalazła swoje odzwierciedlenie. Dojrzały odbiorca widzi, że świat czarodziejów, choć wyimaginowany, przepełnia ból z prawdziwego życia.
Harry jest cichym i wycofanym człowiekiem. Jego sława przynosi mu więcej zmartwień niż pożytku – chciałby spokoju, ale rzadko go otrzymuje. Mógłby zostać próżnym egoistą (wzorem rodziny Malfoyów), jednak na wstępie odrzuca taką drogę. Cenić go należy przede wszystkim za dużą dozę szacunku względem bliźniego. Jego przyjaciele to ludzie odrzuceni przez społeczność, a mimo to wyjątkowi, niepowtarzalni. Każdy wnosi nową jakość.
Rodzina Weasleyów daje rodzinne wsparcie, którego brakowało w domu wujostwa. Harry wie, że nie musi wracać na święta do ciotki Petunii, bo mieszkańcy Nory przyjmą go z otwartymi ramionami. Artur i Molly nie są zamożni, kupują wiele rzeczy z drugiej ręki, ale stworzyli ciepłe gniazdo, gdzie każdy jest mile widziany. Mają siedmioro dzieci – i nie widzą przeszkód, aby Harry stał się ósmym.
Hermiona pokazuje, ile można osiągnąć ciężką, solidną pracą, do której nawykła przez wzgląd na pochodzenie (jej rodzice nie są czarodziejami). Książka wielokrotnie wspomina, że uzyskuje najwyższe wyniki w klasie; jej umiejętności imponują i nierzadko ratują Harry’ego z opresji. Ma dużo energii, aby zmieniać świat na lepsze, nie pozostaje obojętną wobec cudzego cierpienia. Jest przykładem mądrej, ambitnej kobiety.
Luna i Neville dają wzór bezwzględnej lojalności. Ona jest wspaniałą obserwatorką, zdolną dostrzegać to, czego inni nie widzą. Ma olbrzymie pokłady empatii i zrozumienia dla bliźniego, potrafi pocieszyć strapioną duszę. On, wielokrotnie widziany w roli klasowej ofermy, stopniowo zyskuje szacunek jako istotny członek Gwardii Dumbledore’a. Wykazuje się odwagą i silnym poczuciem, jak powinno się postępować w życiu – niejako inspirowanym męczeństwem rodziców.
Patronus śpiewa, patronus słucha
Jest jeszcze Remus Lupin – postać, która uczy głównego bohatera (pośrednio również czytelnika), jak radzić sobie z dementorami. Joanne Kathleen Rowling mówiła, że te przerażające postacie symbolizują depresję i myśli samobójcze; największe przygnębienie, które odbiera chęć do życia. Lupin robi tu trochę za terapeutę. Zachęca do kolekcjonowania szczęśliwych wspomnień. Tłumaczy, że przywołanie patronusa możliwe jest tylko wtedy, kiedy pamiętasz to, co dobre. Z tego punktu widzenia epizod Więzień Azkabanu uważam za najdojrzalszy, najbardziej wartościowy dla dorosłego odbiorcy. Albo odbiorczyni.
Uczciwie Wam się przyznam, że mam problem z przepędzaniem dementorów. Dobre wspomnienia uciekają jakoś szybciej. Zaczęłam je utrwalać; na drugim roku studiów prowadziłam dziennik dobrych zdarzeń. Zbierałam zdjęcia, robiłam kolejne. Fotografuję ładne miejsca, które odwiedzam, smakołyki, które jadam, psy, które mi towarzyszą. Samą siebie rzadko uwieczniam. Chyba popełniam błąd….
Tłumaczę sobie, że zbyt rzadko karmię się pozytywnymi wspomnieniami. Kminię też, jaki kształt właściwie ma mój patronus. Jeszcze nie odkryłam.
Ale chcę Wam pokazać
piosenkę. Melodię znacie, reszty nie. Słowacki Filmbard to moje odkrycie sprzed
dwóch tygodni – piszą słowa do utworów z popularnych filmów. A jeśli wybrany
kawałek ma już tekst, dopisują kolejne zwrotki.
Też współczułam Severusowi. Scena, o której teraz myślę, to moja ulubiona z
całego ostatniego filmu. Na pewno ją kojarzycie.


Komentarze
Prześlij komentarz