Serce z kamienia

Przyszłam na świat w latach 90. Tej cudownej, idealizowanej przez wszystkich dekadzie, gdy dobra, patriotyczna młodzież wisiała na trzepaku albo czytała książki w przerwach między kolejnymi nabożeństwami. Tych czasach, kiedy słuchano polskiego rocka, a nie zniewieściałego Justina Biebera, zaś patrioci świętowali imieniny, zamiast postępować w zgodzie z europejskimi trendami i obchodzić urodziny. To była ostatnia dekada bez zgniłego, prozachodniego postępu....

Dobra, skończmy już tę konfabulację. Przyszłam na świat pod koniec lat 90. Szpital świętej Zofii, sierpień, godzina 14:35. Pora jak najbardziej stosowna, bo znaczna część szkół i zakładów pracy (jak ja nie znoszę tego sformułowania!) kończy jeść obiad. Była mama, był tata. Patrzyłam na nich niebieskimi oczami, które do dziś niewiele zmieniły odcień.

Z ochrzczeniem familia się nie śpieszyła. Miałam 3 lata, gdy zaliczyłam oficjalny prysznic w kościele. Nie żywię do nikogo żalu, mimo bliskiego sąsiedztwa zboru baptystów, co na podobną ablucję zezwalają dopiero dorosłym. Wychowano mnie w zgodzie z wartościami chrześcijańskimi, nauczono Modlitwy Pańskiej, zaopatrzono w albumy Arki Noego. Ale były też słuchowiska z lat 70. minionego stulecia, zbiory baśni we wszystkich możliwych wydaniach, poetycka klasyka pokroju Murzynka Bambo, opowiadania z Doliny Muminków. W późniejszym okresie literatura Astrid Lingren: Pippi Pończoszanka, Dzieci z Bullerbyn, Lotta z ulicy Awanturników, Emil ze Smalandii.

Kto był moim wzorcem kobiety? Przede wszystkim Barbie. Nie, nie ta Barbie, co ze sklepowych półek spogląda na potencjalne klientki, by w niedalekiej przyszłości szerzyć anoreksję i promować chirurgię plastyczną. Barbie, którą znałam, występowała w filmach „Dziadek do orzechów” albo „Jezioro łabędzie”. Dla wszystkich miła i dobra, zawsze opanowana, spokojna i łagodna. Młodsze koleżanki otaczała opieką, by nie miały wątpliwości, komu mogą ufać. I tańczyła wedle najznakomitszej choreografii; to dzięki Barbie pokochałam muzykę Czajkowskiego. Baletnicą jednak nigdy nie zostałam.

Ale kochałam występować na scenie. Aktorsko spełniałam się w przedszkolu, ogółem wspominam je nieźle. Może z wyjątkiem gorącego mleka. To była trauma! Bogu dzięki, rodzina dawała mi zimne. Nie minęła połowa przedszkola, a istnienie rodu zostało przedłużone o kolejną osobę – na świat przyszła moja siostra. Dwa lata potem zatańczyłam poloneza, w rytm muzyki Kilara, kojarzonej z filmem na podstawie znienawidzonej epopei narodowej. Suknię miałam biało-niebieską, buty błękitne. „Pan Tadeusz” to przekleństwo, lecz polonez nazwać błogosławieństwem – to umniejszyć jego wspaniałość. Ile bym dała, ażeby raz jeszcze, milion razy tańca chodzonego oddawać wspaniałość...

Balu na zakończenie podstawówki nie było, a w gimnazjalnym nie uczestniczyłam. Niekoniecznie z braku klasycznego wstępu. Polonez to fragment życia, odłożony na dno szafy razem z komunijną albą i rzeźbionym domkiem, pamiątką z zielonej szkoły w Pieninach. Czasem warto je wyjąć, zaprzeczyć, że całe życie było złe. Bo obok pięknych, opisywanych tu wspomnień było wiele cierpienia, trochę w dzieciństwie, a mnóstwo w okresie nastoletnim. Dobre myśli pozwalają osuszyć łzy.

Z syndromu Bullerbyn wyleczyłam się kilka lat po wyprowadzce z Warszawy. Duże, jednorodzinne domy, zielone ogrody, sąsiedzi jak rodzina i nietknięta przez nikogo dzika przyroda – słowem: idylla. Zbyt wielu chciało jej zaznać. Tam, gdzie niegdyś wędrowało się z psami, dziś wyrastają okazałe siedliska przybyszy, kradnących sobie wzajemnie tlen i przestrzeń. Sprzedano nieużytki, sprzedano drogi nad wysychającą rzekę. Wczesna dorosłość oznaczała dla mnie wystawny pogrzeb sentymentów: udałam się do miejsca, gdzie spędziłam pierwszych osiem lat życia. Zmieniło się. Pełno tam płotków, szlabanów, dobudowanych apartamentowców. Artysta, odpowiedzialny za nowości, zaplanował je z taką starannością, że jeden mieszkaniec osiedla drugiemu zagląda w okno. Plac zabaw, gdzie przeżywałam piękne chwile, rozebrano, zostawiając pustą powierzchnię. Jeszcze do niedawna jakiś dziadziuś sprzedawał tam truskawki. Teraz nie ma nic.

Co więc z dzieciństwa pozostało? Piśmienność, dzięki której powstał ten blog i dzięki której nudziłam się przez część podstawówki, bo czytam od szóstego roku życia. Wielka Przyjaciółka, poznana w podstawówce, obecna aż po dziś dzień. Kamień w kształcie serca, niemal dwie dekady temu odnaleziony nad Bałtykiem. Jest cenniejszy niż wszelkie inne skarby.

Czy chrześcijanka może używać talizmanów? Nie potrafię udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Wiem, że powinna odczytywać znaki i słuchać Głosu, bo on mówi wydarzeniami. Ten kamień to obietnica wielkiej miłości, której otrzymuję tyle, aby żyć. Niech traumy odejdą, niech cierpienie odejdzie. Niech szczęśliwe wspomnienia pozostaną w mojej pamięci na wieki wieków. Amen. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Ciemna strona ambicji – tragikomiczna historia japiszona z Lemingradu

Szkoła imienia Japiszona Wielkiego – druga część poczytnej opowiastki o rozczarowanej młodzieży

Wszystkie kobiety japiszona - trzecie spotkanie z najmłodszą warszawką